Farina Wieluń
“Czy można się spodziewać wysmakowanej kuchni w niewielkim, mimo wszystko, miasteczku? Ja, przyjezdny, choć bywający tutaj dosyć regularnie, nie oczekiwałem, trafiłem tu pierwszy raz, na próbę. Zwykle tłum ludzi zwiastuje dobrą nowinę. W lokalu wszystkie miejsca zajęte, lecz na zewnątrz przemiła kelnerka w mig znalazła stolik dla dwojga. No tak, sobota, pewnie bez rezerwacji, ani rusz. To dobry znak, zanim cokolwiek wybierze się z karty. Mamy zamiar przesadzić. Na start zupa dyniowa, skromnie przystrojona grissini niczym japońskimi pałeczkami. Przyznać trzeba, że smak delikatny, nie narzucający od startu żadnej intensywnej smakowej feerii doznań. Bo nie zaczyna się od bomby, a niedopowiedzianą obietnicą wprowadza w pieśń przyszłości. Później ravioli z truflą oraz ravioli z gorgonzolą. Dwie zaledwie mikroplanety talerzy wniosły od pierwszego spróbowania właściwy porządek rzeczy. Idealne ciasto uginające się pod zębem. Nadzienie i sos przenikające się wzajemnie w naturalny sposób bez rywalizacji, walki o prymat, a w harmonii. Czuć dobrą rękę dyrygenta układającego ten koncert. Bo to koncert natury, nieprzetworzonego, świeżego produktu. Smaku. A potem pizza, tak na sprawdzenie włoskości tej kulinarnej przygody. Bo po cieście poznać można robotę profesjonalisty. I? No cóż. Słownik synonimów wyrażających finezję jest zbyt krótki, by to do końca opowiedzieć. A jeszcze ta kompozycja - klasyczna - ale z wyrachowaniem wprowadzającą właściwe proporcje smaku każdego kęsa sprawia że i przepyszne oliwy stoją z boku bezczynnie i wstydliwie rumienią się z niepotrzebieństwa. - Czy było w porządku? - pyta kelnerka. - Na takie pytanie odpowiedzenie samym „tak”, byłoby obrażeniem tego lokalu, nietaktem wobec serca tych ludzi, którzy wkładają tyle serca i pasji, by tchnąć w to niepozorne miejsce tuż przy ulicy takie doznania. Czy przesadzam? Nie wiem, nie da się o tym tak o, po prostu, opowiedzieć, albo zwyczajnie zachęcić. Bo na pierwsze pytanie z tego tekstu odpowiedź brzmi: można.”