Restauracja Orbita
“Udałem się do tej pseudo-metropolii o nazwie "Wrocław" w celach biznesowych. Gardzę tym miastem. Przez całą podróż myślałem o powrocie do rodzinnych krain i na samą myśl o tym drgał mi mój mały(właściwie to duży, ale tak już się przyjęło, że się mówi mały)przyjaciel. Byłem głodny a poza tym jestem krytykiem kulinarnym więc to oczywiste że byłem otwarty na nowe doświadczenia. Zajechałem do pierwszego lepszego miejsca z jedzeniem, a naprawdę zaluje ze wcześniej nie zrobiłem riserczu. Myślałem że będę w cichej mysiej dziurze w której w końcu ochłonę. I w sumie dobrze trafiłem bo miejsce naprawdę wyglądało jak mysia dziura, tylko nieudacznie przyzdobiona kiepsko nasladowanymi dodatkami boho w stylu millenialsow najprawodniej zakupionych w kiku lub pepco. Jednak jako człowiek pełen klasy mam w manierze nie oceniać książki po okładce więc spokojnie zasiadłem przy stoliku. Naprzeciwko mnie odbywały się 65 urodziny(Sto lat dla solenizanta i wyrazy współczucia że musiałeś spędzić urodziny w tym miejscu) i parawn który został zakupiony w celu odgradzania i hamowania hałasu niestety się rozładował i nikt nie wymienił w nim baterii. Poza tym był troszkę za mały, ale rozumiem, że nie każdego stać na architekta, gdy się kupuje i remontuje stodołe, która ma się przerodzić w chamską knajpkę z gwiazdką miszlę. Co do gwiazdek to jedna z kelnerek wpadła mi w oczko. Piękna niebieskooka brunetka. Wszystko się dobrze zapowiadało, liczyłem na mały wrocławski romansik, dopóki nie zobaczyłem jak bardzo się włóczy. Chciałem zamówić mrożoną kawę, ale po tym jak oznajmiła, że czas oczekiwania to 60 minut, to mi się odechciało. Więc wybrałem colę, wielka dolewkę herbaty, makaron i ciasto marchewkowe. Ktoś tu bierze przykład z kfc, ale już wolę sok rozcieńczony z wodą z jaroslawskim ecoli niż ten dziwny płyn. Podczas oczekiwania na moje ciasteczko marchewkowe rozmyślałem na temat życia. I gdy już traciłem do niego chęci to postanowiłem zatańczyć taniec wednesday. I podczas niego zauważyłem wielki ślad dżemu na suficie. Poczułem się upokorzony moim tańcem godowym, ale poza kilkoma osobami za parawanem nikt mnie nie widział, brak ruchu, a zamówień również brak. I wreszcie po 40 minutach przybyło moje jadło. Ciasto marchewkowe smakowało jak nasiąkniety w deszczówie biszkopt. Przybył makaron, który przypominał mi latajacego powtora spaghetti, ale prędzej uwierzę w jego istnienie, niż w smak tego dania. Makaron rozgotowany i przesolony, niczym wyjęty z rosołu. Aby otrzymać moją wielką dolewkę herbaty musiałem przemieścić się na drugą stronę parawanu, gdzie goście solenizanta mnie lustrowali spojrzeniem. Co gorsza automat nie działał i zapewne się przegrzał, zarówno tak jak personel, który nie ogarniał niczego. Zrobiło mi się nie dobrze i dostałem zawrotów głowy. Przez chwilę myślałem, że się przeteleportowałem na przystanek autobusowy, ale to tylko łazienka ma wystrój jak na autostradzie za granicą. Z toaletą jeszcze gorzej, ktoś chyba wydalił rosół drugą dziurą. A może dostał ataku torsji...Nie wiem. Musiałem zrobić kupę do pisuaru. Po zatkaniu go uciekłem. Rzuciłem ostatnie spojrzenie na ładną kelnerkę i na więdnące kwiaty na stole i opuściłem lokal. Gdyby można było to bym zostawił zero gwiazdek. Nie polecam.”